Strona główna Leopold Staff
Puchar mojego serca
Sen nieurodzony
Życie bez zdarzeń
Skarb mój
Spokój serca
Wyznawcy
Mamże się wahać, pytać...
Czymże ja jestem?...
Kochać i tracić
Depcąc zbyt często...
Niech ze mnie szydzą
*** (Daleko pójdę...)
*** (Między mej samotności...)
Sprzeczność
Nadzieja
Spokojne myśli
Problemy
Królestwo
Krzywda
Bolesław Leśmian Ludzie
Samotność
Miłość stroskana
Miron Białoszewski
Autoportret odczuwany
Stanisław Grochowiak
Ars poetica
Halina Poświatowska
Wieczny finał
*** (do ciebie)
*** (podziel się ze mną)
Wszystkie moje śmierci

Światłem odbitym...

Słowa, słowa, słowa... W jednym ze swych utworów Leopold Staff napisał:

I gdy dwie łzy upadną na kwiat, listy, wstążkę,
Oparłszy skroń na dłoni otwórz cicho książkę,
A zrozumiesz, co znaczą słowa: zmierzch, żal, smutki.

I gdy podniesiesz czoło po zadumie długiej,
Zaznacz tę stronę modrym kwiatem niezabudki
I nigdy już nie czytaj jej w życiu po raz drugi.
  „Jak wiersze czytać” W cieniu miecza (1911)

Trudno jest niekiedy usłuchać głosu poety. Są bowiem takie wiersze, do których wracam ustawicznie i choć wiele z nich znam niemal na pamięć, przerzucam pożółkłe karty tomików i czytam, czytam, czytam... Zawsze z tym samym sentymentem.
Często trudno jest mi powiedzieć, czy dane uczucie zrodziło się wtedy, gdy poznałam określony utwór, czy też - żyło ono we mnie dużo wcześniej, by pewnego dnia objawić się w całej swej krasie, ujęte jakże pięknie przez tego czy owego autora.
Ekspertem od spraw poezji nie jestem i nigdy zapewne nie będę, ot po prostu ją lubię. A że lubię również dzielić się swoimi sympatiami... Wybór prezentowanych autorów i wierszy jest wysoce osobisty, kilku pewnie brakuje, innych jest w nadmiarze. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś, co na dłużej zagości w sercu.

Leopold Staff

Puchar mojego serca

O, jak ostrożnie niosę ciche serce moje,
O, z jak niezmierną trwogą niosę je przez życie!
Omijam drogę, którą torują przeboje,
Omijam ścieżki, gdzie grozi rozbicie!
Bo z takim trudem dałem mu ciszę ukojną,
Z takim trudem zdobyłem dla niego ostoję,
Przystań dla umęczonych milczącą, spokojną
O, jak ostrożnie niosę ciche serce moje.

O, jak ostrożnie niosę mój puchar z kryształu,
O, jak z nim trwożnie stąpam wśród drogi mej cichej,
Z dala od uczt, gdzie pośród płomiennego szału
Biesiadnicy trącają w wezbrane kielichy!
Gorycz rysę pęknięcia wyżarła w nim wieczną,
A z takim trudem, długo cierpliwie, pomału
Napełniałem go winem łez, mą krwią serdeczną
O, jak ostrożnie niosę mój puchar z kryształu!
Sny o potędze (1901)

Sen nieurodzony

Będę tworzył! Rozmachem szaleje mi ramię!
Hartownym młotem będzie mi piorun mej siły!
Oto szukam olbrzymiej cyklopowej bryły,
By sen swój z ognia wcielić w marmuru odłamie

Wybrałem ogrom skalny, głaz ginący w chmurze,
Krzyk potęgi zakrzepły w kamienną kolumnę
Bo potrzeba kolosu na me dzieło dumne,
Bo sen mój chodzi w świetnej, królewskiej purpurze!

Wiem, nikły będzie w głazu skończoność odziany.
Nie w ciebie, karla bryło zaklinać tytany!
Nie ma w świecie ogromu godnego mej mocy!

Cała ziemia na posąg snu mego za mała!...
Uśmiecham się wyniośle... dłoń spada wzdłuż ciała...
Hej! śnie nieurodzony, śnie mych wielkich nocy!...
Sny o potędze (1901)

Życie bez zdarzeń

Przyszedłem z pieśnią – pójdę bez słów
I długo milczeć będę…
Odejdę od was, by wrócić znów,
I przy was już osiędę…

Zwyczajna będzie ma noc i mój dzień,
Bez zdarzeń tygodnie, miesiące;
Czasem z chmur padnie przelotny cień,
A czasem blask rzuci słońce…

Będę do pracy szedł w ranny świt
I wracał o wieczorze,
Nic mnie nie będzie gnębić zbyt,
Gdy do snu się położę…

W święto na pola zwrócę krok
Patrzeć, jak sad dojrzewa,
Jak w gronach winnych wzbiera sok,
I słuchać jak ptak śpiewa…

A gdy mi myśli w smutku mgle
Rozprószą się w rozsypce,
Grać będę stare piosnki swe
Na swojej dobrej skrzypce.

Ludzie niejeden zbiorą plon,
Niejedni pojmą się młodzi,
Niejeden starzec pójdzie w zgon,
Niejedno się dziecie urodzi…

Aż szlakiem swych wiosennych dróg
Młodość jak ptak uleci…
Nieznacznie żal się wciśnie w mój próg,
Że nie mam żony ni dzieci…

Z czasem, jak ojciec mój i mój dziad,
Będę miał siwe włosy…
Zbytnich rozkoszy nie da mi świat
Ni twarde zbyt dotkną mnie losy.

Gdy stary będę, poznam, że mnie
Nie różni nic od braci…
Nie było dobrze, ani źle,
Nikt mną nie zyskał, ni traci…

Żaden mym oczom nie błysnął cud,
Nic z mroku się nie wyłania,
Nici splątane w węzłach złud
Nie mają rozwiązania…

A jednak poznam, gdy śmierć do snu
Gasić mi będzie blask powiek,
Żem widział rzeczy, których tu
Nie widział żaden człowiek…
Dzień duszy (1903)

Skarb mój…

Skarb mój wieczystą stał mi się własnością,
Odkąd zgubiłem do niego klucze:
Bowiem wspominać serca nie oduczę.

Pamięć, zwycięstwo chwil nad przeszłością,
W takie ubrała go czary i cuda,
Że mi się serca mu odjąć nie uda.

Lecz kto byś znalazł ten klucz na rozdrożu
Lub na dnie ciemnym górskiego jeziora,
Nie wracaj mi go, bym miał skarb, jak wczora.

Bo utopiłem go w takim łez morzu,
Że odzyskawszy spytałbym z dziwotą:
„Więc-em łez tyle wylał… tylko o to?”
Uśmiechy godzin (1910)

Spokój serca

Wstanę w poranek blady, gdy w niebie perłowem
Przez mgły lśnić będzie słońce jak opal półsenny.
Pragnienie u krynicy ugaszę studziennej
I pójdę w pole ścieżką z sercem jakby nowem.

Spotkanego wędrowca uczczę dobrym słowem,
Kamień usunę z drogi przechodniów codziennej
I odwiązany róży krzew wysokopienny
Przytwierdzę znów do pala zwiędłym łykiem płowem.

I krocząc w świetle białym pod siny pas boru,
Stanę czasem, by spojrzeć na jaszczurkę zwinną
Lub na ptaki płynące za chmurą w dal nieba.

I z myślą, że daleko jeszcze do wieczoru,
Ku zachodowi będę iść z duszą dziękczynną,
Spokojny, jakbym wiedział już, jak żyć potrzeba.
Łabędź i lira (1914)

Wyznawcy

Dzisiaj z was nikt, zaiste, nie zdradzi Chrystusa
Za trzydzieści srebrników szalonego Żyda.
Lecz cześć dlań w sercach waszych równą mi się wyda
Hańbą, jak gdy ulicznik śmieje się z garbusa.

Obraz Boga w skarlałych duszach to ohyda!
I srebrnikami zdrady, choć nie w nich pokusa,
Są hostie przyjmowane wargą u obrusa
Ołtarzów, które kryje złocista absyda.

Jeśli ideał w lichej piersi się uboży,
A wielka myśl li tym jest, co człowiek z niej tworzy,
O, nikczemne, sromotne zjawiły się znaki!

Posłuchajcie! Codziennie nocą, błotnym łanem,
W szarudze, w wichrze, zziębły, okryty łachmanem
Chrystus głodny się skrada w pole kraść ziemniaki!
Łabędź i lira (1914)

Mamże się wahać, pytać…

Mamże się wahać, pytać, czy me dni co warte,
Gdy wieczory zbyt często są gorzkim „na próżno!”,
A lata całe męką trudzą się podróżną,
By u celu wybijać drzwi dawno otwarte.

Młodość, na jednej chwili ponadgwiezdnej kartę
Stawiona, niech przepada, jeżeli jałmużną,
Daną dumnie przez trwożnej złudy dłoń usłużną,
Jest ufanie o kłamną nadzieję oparte.

Zacząć nigdy nie późno, a zawsze dość wcześnie!
I jeśli jest mamidłem, co począłem we śnie,
Niech mi dziś klęska jutra straszną twarz pokaże.

Niech ból trąci kołowrót mojego żywota,
Bym nie był jako pająk, co sieć (którą mota)
Zawdzięcza, że ją osnuł w zepsutym zegarze.
Łabędź i lira (1914)

Czymże ja jestem?...

Czymże ja jestem? Proch czy rozbitek
Wśród tego świata bez granic?
Jaki i komu z dni moich pożytek?
Czy-m dla nikogo i na nic?

Nie jestem więcej wart niż to drzew plemię
I więcej być mi nie trzeba,
Jeno, bym wrastał stopami w ziemię
I dążył czołem do nieba.

Nie jestem więcej niźli ta brzoza,
Którą w powietrzu kołysze
Niepokój kwietnia i grudnia groza
I mąci tajną jej ciszę.

Jestem, bym strojny w wiosny odzienie
Słał śpiewny poszum w manowce,
A w lecie rzucał czołem swym cienie,
W których dumają wędrowce.

Jestem, bym gnieździł w gałęziach ptaki
Rzadkie zbłąkanych tęsknice,
Co mnie odlecą swoimi szlaki
Kiedy mną wstrząsną wichrzyce.

Jestem, bym z żywych soków zrodzone
Z najgłębszych moich korzeni,
Liście utracił, dumną koronę,
Gdy przyjdzie pora jesieni.

I byście, gdy was smętek poruszy,
Liść depcąc w wiatru poświście,
Czuli: „Jak gorzko, jak słodko w duszy,
Gdy u stóp szumią te liście”.
Łabędź i lira (1914)

Kochać i tracić

Kochać i tracić, pragnąć i żałować,
Padać boleśnie i znów się podnosić,
Krzyczeć tęsknocie; „precz!” i błagać „prowadź”
Oto jest życie: nic, a jakże dosyć…

Zbiegać za jednym klejnotem pustynie,
Iść w toń za perłą o cudu urodzie,
Ażeby po nas zostały jedynie
Ślady na piasku i kręgi na wodzie.
Łabędź i lira (1914)

Depcąc zbyt często…

Depcąc zbyt często ciemne zło, brud i ohydę,
Której jedynie ślepi nie dojrzą i głusi,
Nie porzucam swej drogi, jeno naprzód idę,
Wiedząc, że dojdę wreszcie, gdzie każdy dojść musi.

I choć dziś bagno w drodze, jutro stęchłe zgliszcza,
A chmurne niebo ziemię, niby kara, tłoczy,
Własną i cudzą mękę wielbię, bo oczyszcza,
Iż nie muszę iść naprzód, odwracając oczy.

Bo czymże byś był innym, bólu, niż krzyk pusty,
Gdybym krocząc ku śmierci po dróg błotnych brzegu,
Nie mógł czuć w duszy swojej i nie śpiewał usty:
„Po nieskalanych równin idę czystym śniegu?...”
Łabędź i lira (1914)

Niech ze mnie szydzą

Niech za mnie szydzą ludzie,
Niechaj się śmieją w głos
Z mych lat przeżytych w złudzie,
Której kłam zadał cios.

Niechaj się ze mnie śmieją
I z mej miłości mar,
Co była mi nadzieją
I ogniem moich wiar.

Niechaj się śmieją ze mnie,
Z mych błędów, klęsk i win,
Żem tężył się daremnie,
A trzciną był wśród trzcin.

Niech śmieją się ich usta
I przymrużenia ócz,
Że pierś ma dzisiaj pusta,
A myśl – do grobu klucz.

Niechaj się śmieją głośno
I urąganiem cisz
Z mogił mych snów, gdzie rosną
Dzisiaj przy krzyżu krzyż.

Niech szydzi gardłem całem
Wiatr z mych cmentarnych bram.
Bo ja sam je wyśmiałem
I opłakałem sam.
Sowim piórem (1921)

***

Daleko pójdę, z daleka wrócę.
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Zdobędę wszystko, gdy wszystko rzucę,
Odzyskam bezmiar, straciwszy kąt.

Ból swój uciszę, żałość odsmucę,
Śmiechem powitam wygnania ląd!
Daleko pójdę, z daleka wrócę:
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Ucho igielne (1927)

***

Między mej samotności ścianami czterema
Ściskam się, kurczę w ziarno, w miał, w malutki atom,
Gdy ty butnie rozpierasz się w nich, rówien światom,
A ja z rozkoszy szczęścia ginę, że mnie nie ma.

Lecz gdy mnie już nie było, nagle myśli mglistość
Rozbłysła w światło, które znów byt mi otwiera. –
Jestem! – I ból się budzi, ból, który popiera
Niezwalczoną niewiarę w moją rzeczywistość.
Wysokie drzewa (1932)

Sprzeczność

Lądy dzikiego piękna, morza triumfalne,
Lwie pustynie, dziewicze lasy, mleczne drogi,
Lodowiska, wulkany, zorze borealne,
Bohaterowie, święci, poeci, półbogi!

A przy tych cudach widnych duchowi i oku
Obrazy pełne wstrętu, szkarady, ohyd:
Ścierwo zdechłego kota gnijące w rynsztoku
I nędza, co w barłogu swoim bije gnidy.

Do wzniosłej grozy życia podziwem nawykły,
Którego żadna klęska ni cios nie ostudzi,
Chwalę mgławicę gwiezdną i pył kurzu nikły,
Bo codzienność, jak boskość, jednaki lęk budzi.
Barwa miodu (1936)

Nadzieja

Zapragnąłem wyczytać w zodiaku
Swoje losy i dole żywota,
Alem nigdy nie otrzymał znaku,
Czy się spełni dni moich tęsknota.

Po minionych złych deszczach i burzy
Powracają burze i złe deszcze,
Ale ciągle nadzieja mi wróży,
Że to, czegom czekał, przyjdzie jeszcze.

Zostawiłem drzwi moje otworem,
Bo mam w duszy pewność tajemniczą:
Radość przyjdzie z winogron słodyczą,
Przyjdzie późną jesienią, wieczorem.
Wiklina (1954)

Spokojne myśli

Spokojne myśli, pogodne czoło
Miewam na co dzień jak i na święto.
– A cóż ty robisz, kiedy wokoło
Krzywdę i zbrodnię widzisz przeklętą? –

Gdy wkrąg szaleją moce ciemności,
Zdradzieckie serca, dusze obłudne,
Śmieję się z gniewu, śpiewam ze złości.
Jakież to łatwe. Jakież to trudne.
Wiklina (1954)

Problemy

Problemów się nie rozwiązuje.
Problemy się przeżywa,
Jak dnie, których, gdy miną, już nie ma.
Jak szaty zużyte,
Z których się wyrosło,
I w drzwi ostatnie
Wchodzisz nagi i wolny
Jak świt.
Dziewięć Muz (1958)

Królestwo

Hej, królestwo za konia! –
Wołamy wówczas dopiero,
Gdy już nie mamy królestwa.
Dziewięć Muz (1958)

Krzywda

Mój mądry piesek
Przeżył swe krótkie życie
Nie wiedząc nawet,
Że świat jest zagadką.
Dziewięć Muz (1958)

Bolesław Leśmian

Ludzie

Szli tędy ludzie, biedni, prości –
Bez przeznaczenia, bez przyszłości.
Widziałem ich, słyszałem ich!...

Szli niepotrzebni, nieprzytomni –
Kto ich zobaczy – ten zapomni.
Widziałem ich, słyszałem ich!...

Szli ubogiego brzegiem cienia –
I nikt nie stwierdził ich istnienia.
Widziałem ich , słyszałem ich!...

Śpiewali skargę byle jaką
I umierali jako tako…
Widziałem ich, słyszałem ich!...

Już ich nie widzę i nie słyszę –
Lubię trwającą po nich ciszę.
Widziałem ją, słyszałem ją!...
Napój cienisty (1936)

Samotność

Wiatr wie, jak trzeba nacichać…
Za oknem – mrok się kołysze.
Nie widać świata, nie słychać,
Lecz ja coś widzę i słyszę…

Ktoś z płaczem ku mnie z dna losu
Bezradną wyciąga rękę!
Nie znam obcego mi głosu,
Ale znam dobrze tę mękę!

Zaklina, błaga i woła,
Więc w mrok wybiegam na drogę
I nic nie widząc dokoła,
Zrozumieć siebie nie mogę!

W brzozie mgła sępi się wiotka.
Sen pusty!... Wracam do domu…
Nie! Nikt się z nikim nie spotka!
Nikt nie pomoże nikomu!
Napój cienisty (1936)

Miłość stroskana

Która godzina? Która w niebie zorza?
Nie czas na skargi! Świat właśnie jest taki!...
Dawnoś to w zbożu rwał chabry i maki?
Pokochaj zboże! Nie ma nic, prócz zboża!...

Czemuż tak patrzysz w otchłanie bezczasu –
I mówisz: „Jakże pokocham tę zmorę?” –
Dawnoś to w lesie całował drzew korę?
Więc las pokochaj! Nie ma nic, prócz lasu!

„Przyszedłem na świat, poprzedzon żałobą,
I byle jaką odejdę stąd bramą.” –
A cóż zabierzesz na drogę ze sobą,
Jeśli nie – wszystko, jeśli nie to samo?

Niech dusza twoja, miłością wielmożna,
Takim się żalem po nocach nie trudzi,
Że prócz tych roślin i zwierząt i ludzi –
Nic na tym świecie pokochać nie można!
Dziejba leśna (1938 pośm.)

Miron Białoszewski

Autoportret odczuwany

Patrzą na mnie,
więc pewnie mam twarz.
Ze wszystkich znajomych twarzy
najmniej pamiętam własną.
Nieraz mi ręce
żyją zupełnie osobno.
Może ich wtedy nie doliczać do siebie?
- - -
Gdzie są moje granice?
- - -
Porośnięty przecież jestem
ruchem lub półżyciem.
Zawsze jednak
pełza we mnie
pełne czy też niepełne,
ale istnienie.
Noszę sobą
jakieś swoje własne
miejsce.
Kiedy je stracę,
to znaczy, że mnie nie ma.
- - -
Nie ma mnie,
więc nie wątpię.
Obroty rzeczy (1956)

Stanisław Grochowiak

Ars poetica

Godziny przy piórze – one leczą rany.
Nawet śmierć jest daleka, jak była w dzieciństwie.
Zwierzęta domowe śpią ufnie przy twoich stopach.
A płomień świecy
Nieruchomieje jak miecz czuwający.

Wszystko, co wokół – krzesła, książki, kwiaty
Ubierają się w odświętność, powagę i czoła
Wysokie. I oto – nikczemny –
Twarzą stajesz wobec świata, jak glob naprzeciw globu.

Oto wiesz na pewno: za twoją kotarą
Jest tylko ściana, nie ma Poloniuszy.
Oto czujesz bezpiecznie: w środku twojej dumy
Nie zagości karzeł, ani też pochlebca.
Oto szepczesz zaledwie,
Układając zgłoski –
A słyszysz: księżyc dźwiękiem odpowiada.

Godziny przy piórze – one leczą rany.
One też wstrzymują od ran zadawania.
Patrz: podniosłeś usta, by odpluć obelgę,
A stoisz – niby dziecko –
Z usty zdumionymi.
Nie było lata (1969)

Halina Poświatowska

Wieczny finał

obiecywałam niebo
ale to nie prawda
bo ja cię w piekło powiodę
w czerwień – ból

nie będziemy obchodzić rajskich ogrodów
ani zaglądać przez szpary
jak kwitnie georginia i hiacynt
my – położymy się na ziemi
przed bramą czarciego pałacu

zaszeleścimy anielsko
skrzydłami o pociemniałych zgłoskach
zaśpiewamy piosenkę
o ludzkiej prostej miłości

w promyku latarni
świecącej stamtąd
pocałujemy się w usta
szepniemy sobie – dobranoc
zaśniemy

rano – stróż nas przegoni
z odrapanej parkowej ławki
i śmiejąc się okropnie
skaże – ogryzek jabłka
leżący pod pniem jabłoni

***

do ciebie
poprzez czas
czasem tak blisko
że dotykam

nie wiem
gdzie się kończy pamięć
a zaczyna rzeczywistość

zegar mojego ciała
zaciął się

uparcie wraca
do chwil
już okrzepłych
we wnętrzu drzew

we mnie
czas nie potrafi zastygnąć
toczy się
poprzez krew

***

podziel się ze mną
mej samotności chlebem powszednim
obecnością zapełń
nieobecne ściany
pozłoć
nie istniejące okno
bądź drzwiami
nade wszystko drzwiami
które można otworzyć
na oścież

Wszystkie moje śmierci

ile razy można umrzeć z miłości
pierwszy raz to był gorzki smak ziemi
gorzki smak
cierpki kwiat
goździk czerwony palący

drugi raz – tylko smak przestrzeni
biały smak
chłodny wiatr
odzew kół głucho dudniący

trzeci raz czwarty raz piąty raz
umierałam z rutyną mniej wzniośle
cztery ściany pokoju na wznak
a nade mną twój profil ostry